Pinterestowe pomysły a prawdziwe życie, czyli szybka metamorfoza łazienki, która wykluczyła mnie z życia na miesiąc.

Trochę przesadziłam z tym tytułem. No wiem. Ale mimo wszystko myślałam, że będzie szybciej. Taniej chyba nie, ale mimo wszystko …

Dobra! Żebyście mogli polubić łazienkę, tak jak polubiłam ją ja, muszę Wam pokazać, jak ona wyglądała na początku. Bo to, w całym tym wpisie jest dosyć kluczowe.

Nie mieszkamy w domu, który sobie sami zaprojektowaliśmy, nie mieliśmy wpływu na rozmieszczenie pomieszczeń, a w pierwszej kolejności po przeprowadzce (która też dzieje się dosyć spontanicznie) nie zakładaliśmy wielkiego remontu, tylko odświeżenie. Dlatego:

Punkt startowy?

Kafelki i cała armatura łazienkowa była w doskonałym stanie – dlatego nie planowaliśmy jej jakoś znacząco ruszać.

 

Założenia?

  • niski koszt
  • bez kucia i dużych przeróbek, z wykorzystaniem tego co jest (to tak na początku, ale nie mówcie tego Dominikowi),
  • mieć jak najszybciej użyteczną i funkcjonalną łazienkę
  • jasna
  • paleta kolorów: biel, drewno, szarość (to już moje założenia)

Dobra, od początku, czyli od początku marca. Wylądowaliśmy w domu z całą stertą naszych rzeczy rozłożonych na jednej kupie (nagle się okazało, że 30 m 2 potrafi pomieścić strasznie dużo!)

W tym wszystkim przytaszczyłam sobie jeszcze farby do renowacji płytek

Bo od samego początku, jednego byłam pewna: z kafelkami w tej wersji (beżowo-różowej), to ja się za nic w świecie nie polubię. I nawet nie będę próbować. Wśród wszystkich rozwiązań, z powodu: kosztów, czasu i ilości pracy, dosyć szybko wyklarowała się tylko jedna opcja. (Przetestowana też w domach naszych rodziców). Dodatkowo naoglądałam się wszystkich pięknie odnowionych łazienek i pięknych podłóg, i nie mogłam się doczekać, żeby samej spróbować! Pomalujemy sobie podłogę. Będzie pięknie (tak myślałam)

Więc wylądowałam z 3 pudełkami farby: 3V3 renowacja płytek (tę kładłam na płytki na ścianach), 3V3 płytki podłogowe, i 3v3 hydro-bariera (jeszcze jej nie ruszyłam).

 

Pierwsze kroki malowania, oczywiście z malowaniem nie miały nic wspólnego- wynoszenie i odkręcanie wszystkiego co się dało z łazienki, zabezpieczenie czego się nie dało wynieść i mycie płytek. Zeszło mi z tym 2 dni. (Nie, żebym się jakoś bardzo obijała, ale po drodze były jeszcze inne sprawy do załatwiania)

Ach! Łazienka ma jakieś 2,10 x 1,60 , ale płytki położone są do samego sufitu.

Wreszcie przyszedł czas na malowanie, i …. I możecie zobaczyć, jak wyglądała pierwsza warstwa. Szału nie było. A położenie jednej warstwy trwało mi jakieś 5 godzin (najwięcej czasu zabierały miejsca przy kaloryferach, oknie, umywalce i prysznicu – czyli na każdej ścianie coś)

Pierwsza warstwa:

porównanie jednej warstwy z podłogi i ze ściany.

Ogólnie wyglądało to bardzo źle …

W sumie, są 4 warstwy na ścianach. (Chyba, bo już potem zapomniałam) Po 3 warstwie przeszłam lekkie załamanie. Bo to ciągle wyglądało słabo. (Producent pisze o 2 warstwach…. Więc albo położyłam te warstwy za cienko … albo to taka bujda producencka).  Trudno. Machnęłam 4 i na razie to tak zostanie.
Tyle samo warstw jest na podłodze – i tutaj albo mi się wydaje, że ta farba podłogowa nieco mocniej kryła, albo ja się tym tak nie przejmowałam i położyłam grubiej.

W każdym razie, na podłodze są 4 warstwy i warstwa z szablonu. Ale o szablonie za chwilę.

Farba schnie szybko. To i plus i minus. Plus, bo jeśli macie do dyspozycji tylko jedną toaletę, to świadomość, że po 3 godzinach można w skarpetkach do niej wejść – jest dobrą świadomością!

Złą …. szczególnie jeśli nie zwrócicie uwagi, jak wasza farba trafiła w miejsca które miała ominąć. I zapomnicie o tym na jakiś czas.

Malowanie ścian i podłogi – trwało ponad 2 tygodnie. (Wypadły mi w tym czasie wyjazdy, i nie wszystko mogłam robić dzień po dniu).

Na koniec zostawiłam sobie wisienkę na torcie – czyli malowanie szablonów na podłodze. Tutaj w ruch poszły wszystkie pinterestowe zdjęcia i moja wyobraźnia.

W Polsce jakiegoś szału z wyborem szablonu nie było (albo słabo szukałam). W zasadzie, z tych które mi się podobały, był albo a’la ikeowska płytka (którą oglądałam przed zamówieniem swojego szablonu, w salonie, i jakoś tak w tej wersji biało czarnej była dla mnie zbyt nachalna), albo ta, którą w końcu mamy. Sam szablon z wysyłką kosztował ok 27 zł.

Jeśli przeglądaliście malowanie szablonem płytek w intrnecie, to widzieliście pewno, ten delikatny ruch wałeczka, który przejeżdża po szabloniku, rach-ciach i gotowe. Piękny efekt od razu …

No ja tak też próbowałam. I prawie zapłakałam, bo pomimo śladowej ilości farby na wałku, farba powypływała i porozmazywała się w wielu miejscach. To było moje największe rozczarowanie. Naiwnie myślałam, że w ciągu paru godzin, tę naszą maleńką łazienkę machnę i już. A całość zajęła mi chyba ze 4 dni. Po pierwszym, i po pomalowaniu 2 kafelek (które zajęły mi ponad 5 h), zrobiłam sobie dzień przerwy.

Próbowałam wałkiem, małymi wałeczkami, pędzlem i pędzelkiem. W ostateczności, najlepiej się sprawdził wałeczek, odwrócony bokiem, którym malowałam jak maleńką gąbeczką – bardziej stemplując. Ale – jedna warstwa szarej farby wyglądała jak by była starta, a nałożenie drugiej, powodowało, że farba w niektórych miejscach (gdzie była troszkę grubiej zebrana) przy ściągnięciu szablonu, odrywała się razem z szablonem ….

Co mnie najbardziej rozczarowało? Przyznam się szczerze, że na żadnym zdjęciu, czy filmiku nie widziałam żadnej płytki z bliska. Dlatego nie przyszło mi do głowy, że brzegi i krawędzie nie będą równe i piękne. To mnie najbardziej poirytowało. Niestety, próby poprawienia (co możecie zobaczyć na filmie), też nie przyniosły satysfakcjonujących rezultatów. Więc pozostawiam to takie jak jest.

Z wysokości człowieka, który stoi – wszystko wygląda pięknie. Z bliższa – widać dokładnie o czym Wam tutaj piszę. Ale jak usłyszałam od koleżanki – z wysokości kolan nikt ci tego nie będzie oglądał …. Więc przestałam się przejmować!

Ja już się do łazienki przyzwyczaiłam (i mam na nią nieco jeszcze inną koncepcję – szczególnie jeśli chodzi o szczegóły), ale jeśli ktoś pamięta jak ona wyglądała wcześniej – i teraz, to ma tę samą reakcję, jaką mam ja – radość! I zachwyt, bo ja mam zachwyt.

Co pociągnęła za sobą zmiana kolory płytek? Drobne zmiany. Jako średni fan srebrnych dodatków w łazience – machnęłam wszystko farbą na czarno.

I tutaj drobna anegdotka. Zaczęłam od czarnego sprey’u, co moja mama skwitowała zdaniem :”Och, daruj sobie spray, to jest nietrwałe, będzie ci szybko odpryskiwać, lepiej to sobie pomaluj farbą”. No i oczywiście co zrobiłam? Posłuchałam mamy? Taaa! Na pewno. Z radością dziecka, sprey’owałam jak szalona, nucąc pod nosem słowa w stylu …”na pewno mi to będzie odpryskiwać, ….. pewnie miałaś jakiś tani spray …… musiałaś coś zrobić źle ….”

Sprey’owałam na górze domu …. Jeszcze tych dodatków nie zdążyłam na dół znieść, a już gdzieś mi jakieś dziadostwo odpadało i się zdzierało ….. Zadzwoniłam do mamy i zapytałam, jaką farbą to mam malować. End of story.

Pomalowane na czarno farbą, trzyma się na razie bardzo dobrze. A pomalowałam : uchwyt na ręczniki, uchwyt na papier toaletowy i gniazdko. Po kilkunastu dniach użytkowania- wszystko działa bardzo dobrze.  Słuchajcie mamy.

Ah! Moja szczęśliwa słuchawka prysznicowa! Zapomniałam o moim najfajniejszym zakupie. Wiecie, jak obmyślałam jak ta łazienka będzie wyglądać, to widziałam wszystkie baterie i kurki w kolorze albo czarnym, albo miedzianym.  I podczas jednej z miliardowych wizyt w sklepie budowlanym, zobaczyłam czarny zestaw prysznicowy. Pomyślałam, że to przeznaczenie – w dodatku był w obniżonej ceni – wzięłam. Słuchawka w opakowaniu przeleżała prawie miesiąc, żeby podczas rozpakowywania zrobić mi psikusa. I teraz się okazuje, jaka jednak jestem tępa. Bo ja byłam śmiertelnie pewna, że to jest od razu z baterią. Nie wiem, dlaczego. Jakoś tak myślałam, że to oczywiste. Więc z dodatkowych dupereli, doszedł nam zakup czarnej baterii. Na razie zostajemy na tej.

możecie sobie tylko wyobrazić …. jeszcze drewniany blat, i czarna bateria pod prysznicem ;)A mogło być tak pięknie …

A tutaj, dla porównania : stare i nowe

Ja jestem zachwycona. Nawet jeśli tylko dla mnie efekt jest WOW …

 

Film z krótką wizytą w naszej łazience, możecie zobaczyć tutaj:

Co jeszcze zostało?
usunięcie śladów farby z ramy okiennej (muszę doczytać, czym to mogę zrobić)
znalezienie czarnej baterii prysznicowej, prostej, ładnej
znalezienie lampy sufitowej (i prawdopodobnie jakiegoś oświetlenia pod lustro)
zakup kosza na śmieci (który zmieści się w jakąś maleńką lukę)
domalowanie listy podłogowej (czarny, czy stalowy?)
Ewentualnie blat w przyszłości 😉

Farby:
v33 farba renowacyjna, płytki pogłogowe – 2L, biały Na podłogę poszło ok 3L (280,00 zł)
v33 farba renowacyjna do płytek ceramicznych – 2 L, biały Na ściany poszło prawie 4L (300,00 zł)
szara farba v33 – na szablon (została jeszcze połowa – może do kuchni)
szablon kosztował mniej niż 30 zł (z przesyłką), gdybym jeszcze raz malowała, chyba kupiłabym dwie sztuki, żeby jeden można było śmiało pociąć

Do łazienki dokupiłam klosz (tam z tyłu taki malutki, bo dużej lampy jeszcze nie wybraliśmy), słuchawkę prysznicową (bez baterii), roletkę i lustro. (wszystko ok 300 zł), resztę mieliśmy w domu. Czarna farba kosztowała 26 zł (i jeszcze nie jedną rzecz zamieni w matową czerń).

Pozostałe wydatki, to materiały budowlane (kołki, zaślepki), szpachla i białą farba. Cały koszt był znośny, na pewno sporo niższy, niż gdybyśmy kładki płytki i robili dodatkowe zmiany. Mam nadzieję, że będzie to trwałe. Jeśli nie na setki lat, to przynajmniej do czasu, aż zapomnimy, ile się napracowaliśmy 😉

 

 

Pin It on Pinterest

Share This