Nadchodzące miesiące są dla niej idealne. Wszystko obudzi się na nowo, wybuchnie kolorami, nową energią i radością! Wręcz IDEALNE tło, dla niej.
A o kim mowa? No oczywiście o sesji narzeczeńskiej! Albo o miłości. Bo to przecież właściwie to samo. Prawda?

Prawie dwa lata temu (!), powstał krótki wpis o tym, czy sesja narzeczeńska ma sens? I dobrze wiecie, że tak samo jak w przypadku wszystkich wpisów z cyklu -ślubna środa- tutaj znowu dopiszę, że tylko Wy sami możecie stwierdzić, czy moje argumenty do Was trafiają, czy nie.

Od kwietnia 2016 roku, wzbogaciłam się o sporą ilość przecudnych zdjęć moich par, o solidną ilość nowych wiadomości i umiejętności (np. jak zrealizować całą sesję, pomimo napuchniętej stopy!), o nowe argumenty i nową wiedzę.

Niektóre informacje przydadzą się wyłącznie moim parom młodym, ale myślę, że z niektórych, spokojnie mogą skorzystać, także nie moi narzeczeni 🙂 Dlaczego? Bo każdy z fotografów ma swój styl fotografowania. Więcej przeczytacie tutaj.

W poprzednim wpisie, użyłam 6 argumentów, dlaczego warto zrealizować sesję narzeczeńską. Czy coś się od tego czasu zmieniło? No trochę się zmieniło. Jestem starsza, i w pewnych aspektach mądrzejsza – czyli stało się życie. A życie weryfikuje pewną naiwność i infantylizm. Na szczęście. (A że uczymy się na swoich błędach, to krótka analiza poprzedniego posta)

1. Na sesji narzeczeńskiej macie CZAS DLA SIEBIE.
Zdecydowanie, od pewnego czasu, mam spory kłopot z tym zdaniem. Dlaczego? Po pierwsze będę Was namawiała, żeby sesje odbyła się sporo wcześniej przed ślubem. Doświadczenie mnie uczy, że im bliżej ślubu, tym ciężej z wolnym popołudniem. Bo pamiętajcie: musicie zgrać kalendarz nie tylko z sobą, i ze mną, ale także z pogodą i wszelkimi innymi drobiazgami, które nagle wyskakują 🙂 A to czasem bywa szalenie trudne. Po drugie czas dla siebie…. Przy moim stylu fotografowania (zwykle prawie ciągle gadam), raczej to nie jest forma, która przychodzi Wam do głowy, kiedy słyszycie zdania „czas dla Was”. Prawda? Raczej widzicie siebie nad brzegiem morza, zapatrzeni w dal, otuleni kocem (przynajmniej tak widzi świat płeć żeńska, kiedy rozbrzmiewa to zdanie. Albo jakoś tak podobnie. Płeć męska ma nieco inną wizję. Rozumiemy). No ale na tej waszej sesji, ktoś tam ciągle coś gada, ekscytuje się i chichocze jak głupi (to ja, żeby nie było wątpliwości). Coś trzeba jednak robić (chociażby stać i tulić – to też czynność), gdzieś jednak trzeba być więc….

Z tym czasem dla siebie nie jest tak do końca. Jeśli jednak pomyślicie, że zrobiliście to dla siebie, na pamiątkę …. to dla siebie – nabiera całkiem fajnego znaczenia.

2. Piękne zdjęcia – to w tym temacie akurat nic się nie zmieniło. Sesja narzeczeńska, to świetna alternatywa dla wszystkich selfiaczy i wspólnych zdjęć z ręki. Wreszcie jesteście na nich oboje! (Chciałam napisać, że bez uciętych głów, ale jeśli oglądacie moje zdjęcia, to wiecie, że ja jednak te głowy lubię ciąć)

3. Poznajcie swojego fotografa, a On/Ona Was.

Absolutnie dla mnie, i mojego stylu fotografowania (i wewnętrznej ideologii) to jeden z najważniejszych argumentów. I tutaj akurat nic się nie zmienia! Po co to wszystko? Po to, bym w dniu ślubu nie była obca. Chcę, żebyście mnie chociaż trochę lepiej poznali i oswoili się ze mną i moimi obiektywami. Wiem, wiem. Wielu fotografów w nic takiego się nie bawi. Ja to jednak lubię, mi to pasuje i super się sprawdza.

4. Wy i wasza pasja!

Było lato. Piękne, ciepłe. Cudne słońce. I pełno uroczych dodatków. I to ich fotografowanie zabrało mi strasznie dużo czasu. Na szczęście, w którymś momencie dotarło do mnie, że to te dodatki mają pełno zdjęć, a nie ta moja para. A to przecież oni są najważniejsi! (O nauce na błędach!) Wtedy zrobiłam krok do tyłu. Nie tak dosłownie, ale tak mentalnie. Bo to był taki krok, żeby  móc popatrzeć z dystansem. Nie, że się cofnęłam. Żeby było jasne. Więc zrobiłam krok do tyłu. I od jakiegoś czasu już tak bardzo o tych dodatkach te moje pary nie męczę. Co innego, jeśli sesja dotyczy waszego hobby – świetnie to pokazać! Tylko pamiętajcie – nie nadmiar a umiar. Umiar jest zawsze lepszy.

Większość zeszłorocznych sesji, to były sesje bez dodatków. Tylko ja i Oni. I to się także doskonale sprawdza!

 

5. Nie ma złego czasu na sesję – każda pora roku ma swój urok. I chociaż nie specjalnie lubię marznąć, sesje w które trzeba się ogrzewać, mają duuuużo plusów. Więcej opowiem Wam już nie długo.

6. Możliwość wykorzystania zdjęć podczas tworzenia dekoracji, nie tylko ślubnych.

Tak, tak, tak! Czasem nie zdajemy sobie sprawy, jak pięknie potrafi wszystko odmienić chociażby zdjęcie w ramce. Taka prosta drobnostka, a działa cudnie! Ps. Spróbujcie sami w domu! Więc, te wasze zdjęcia z sesji, możecie wykorzystać do wszystkiego. Dekoracja stolika na którym znajdzie się księga gości, do stworzenia księgi gości, do podziękowań dla rodziców! Branża ślubna ma aktualnie wysyp niezwykle kreatywnych ludzi, którzy tworzą cuda dekoracyjne! Część z nich zobaczycie np. na targach ślubnych Silesia Wedding Day 5 już 13 maja, na które także bardzo serdecznie zapraszam!

Wszystkim moim cudnym narzeczonym jeszcze raz dziękuję za każdą sesję! Jesteście super! (Ale to już też wiecie!)

Pamiętajcie, wszystkie posty publikowane na blogu, to moje osobiste preferencje i przemyślenia. Możecie czuć inaczej. I też jesteście super fajni!

Pin It on Pinterest

Share This