Podobno tylko krowa nie zmienia poglądów. Nigdy żadnej krowy o poglądy nie pytałam, ale wierze w tę ludową mądrość.
A co ma wspólnego krowa z moją edycją zdjęć? Tym razem Wam powiem, że chyba nic, bo na krowach (chociaż jestem ze wsi), nie znam się absolutnie. Ale nie jestem jak krowa, i już kilka razy się przekonałam, że poglądy mi się zmieniają. Może nie radykalnie, ale trochę. I zmienia mi się gust. Ewoluuje. Także ten w fotografii. Myślę, że jak każdy, nie tylko fotograf,  także tutaj poszukiwałam swojej drogi. Albo chociaż dróżki. Ścieżeczki. Chociażby polnej. I teraz kroczę nią dosyć uparcie i twardo. Chociaż drogi w bok dalej mnie kuszą. Szczególnie te szerokie jak autostrady (albo filmowe presety, które niestety mi nie leżą).  I muszę się Wam przyznać, że miałam kilka „skoków w bok”. Jasność zdradziłam z ciemnością filmu i sepią (trochę mi trwało, żeby tę sepię sobie samej wybaczyć!) Ale zdrady były krótkotrwałe, i skruszona wracałam do swojej jasności i prostoty. Bo to przemawia przez moje wewnętrzne ja. To jest mi najbliższe i to lubię najbardziej. Tak, więc tyle o sobie. Na wstępie.

A tak szczerze, to wiecie jak to jest z tą edycją zdjęć? Edycja zdjęć zawiera się w słowach: CO SIĘ KOMU PODOBA!  I tutaj w zasadzie można postawić kropkę. Bo wszystko to zawsze kwestia gustu (kluczowe słowo w ostatnich tygodniach!). Jeśli Wam się podobają jasne zdjęcia, na swojego fotografa będziecie szukać kogoś, kto właśnie takie zdjęcia robi. I raczej nie zaprosicie mnie do kopalni Guido czy jaskini. (Uprzedzając pytania: NIE JADĘ DO KOPALNI). Dobra. Trochę przesadziłam z tym przykładem, ale im bardziej jaskrawy, tym bardziej wryje się wam w głowę. Judyta i ciemność – NIE NIE NIE.

Ale okej, miało być o tej mojej edycji. No to będzie.

Naturalnie.
Prosto.
Jasno.

Dla mnie, edycja zdjęć = Lightroom. Nie martwcie się, nie będzie o szczegółach i suwaczkach. Będzie ogólnie. Prosto i jasno! Moja edycja dotyczy zarówno sesji ślubnych, narzeczeńskich czy rodzinnych. Zasady są te same.

Sama edycja, to w pierwszym kroku – prostowanie kadrów. W zeszłym roku, Dominik zauważył, że 99,9% moich zdjęć chyli się na prawą stronę. To pozwoliło nam wysnuć wniosek, że moja prawa noga jest chyba krótsza od lewej, albo po prostu mam coś z mózgiem (w sensie z błędnikiem). Walczę z tym na każdej sesji, ale w amoku fotografowania …. gdzieś mi się o tym zapomina, i dalej wszystko chwieje się na bok (ps. przypomnijcie sobie okładkę polskiej edycji Vogue! Uwielbiam ją również za tę pochyłość!)

Tak więc, najpierw kadrowanie i prostowanie, a później już tych kilka suwaczków: jasność, kontrast i naprawienie balansu bieli (chociaż, od kiedy używam moich magicznych narzędzi, z balansem nie mam problemów.)

Szczerze, to tyle. Małe, drobne ruchy w Lightroomie – teraz bazuję na swoich presetach i to tyle. Więc teraz powinniście zapytać „Tylko tyle? To co Ci tyle trwa w tej edycji?” Uh! Już tłumaczę. Bo edytowanie zdjęć zabiera sporo czasu. Ale wcale nie najwięcej. Co zabiera czas?

Po pierwsze: zgranie zdjęć. Później selekcja zdjęć do edycji. Tutaj niestety jestem beznadziejna. Także tutaj jestem beznadziejna! Zawsze robię bardzo dużo zdjęć, i zawsze bardzo dużo zdjęć edytuję. A to trwa. A jak już są zdjęcia wybrane, wtedy importuje je Lightroom (czyli program do edycji zdjęć dla fotografów) i rozpoczynam edycję. I kiedy tych 150 zdjęć z sesji narzeczeńskiej jest już wyedytowane…. wtedy muszą zostać jeszcze wyeksportowane. I to też zabiera czas (ale na szczęście, to dzieje się już samo, i zwykle wtedy: sprzątam/gotuję/joguję/biorę prysznic). Później te wasze zdjęcia lądują w galerii i lecą do Was. A jeszcze później, czekam na jakąś wiadomość, że jesteście zachwyceni itp 😉 To jest ten najfajniejszy moment! Najbardziej stresujący, ale najfajniejszy.

Okej, okej. Nie po to kliknęliście w ten tytuł, żeby nie zobaczyć zdjęć, nie? Wiem, wiem! Ja też lubię oglądać wszystko od zaplecza. No to proszę. Zdjęcie SOOC czyli straight out of camera. Prosto z aparatu. Bez edycji. Bez niczego. Taka surowizna.

Po lewej kadr prosto z aparatu – SOOC. Po prawej, po edycji. Widzicie, że różnice są w sumie drobne. Prawda?

Wszystkie zdjęcia z sesji Justyny i Dawida, możecie zobaczyć na blogu. W tej jednej, najlepszej wersji. Poprawionej, wyprostowanej i ładniejszej!

Górne zdjęcie SOOC, na dole – po edycji. Na zdjęciach zwycięzcy sesji walentynkowej: przeurocza Justyna i Sebastian. Niedługo pokażę Wam całość! Co naprawiłam na zdjęciu? Balans bieli + jasność.

Znowu to samo: jasność + lekkie ocieplenie skóry.

Dobra. Muszę się  Wam przyznać, że pokazywanie zdjęć bez magii wcale nie jest łatwe. I zanim kliknę „OPUBLIKUJ” długo się będę zastanawiała, czy Wam to wszystko tak pokazywać…. raz kozie śmierć. Najwyżej sobie pomyślcie, że jednak jestem przeciętna, i to wszystko to tak na prawdę tylko edycja. A ta też nie jest jakaś magiczna. Więc najwyżej pomyślicie, że jestem beznadziejna i  …. I tyle. Za ewentualne rozczarowania – wybaczcie.

Ps. Materiał wyjściowy jest najważniejszy. To Wam powie każdy fotograf. Ale edycja, pomaga mi wyciągnąć ze zdjęcia ten ukryty obraz, który widziałam tam na miejscu. (Albo widziałam potencjał. A łatwiej mi się edytuje trochę ciemniejsze zdjęcia niż te zbyt jasne).

A tutaj w temacie poprzedniego wpisu, czyli jak wybrać miejsce na sesję ze mną,  na obu zdjęciach poniżej – to jest dokładnie to samo miejsce, nie ruszyłam Justyny i Sebastiana ani o milimetr, zmieniłam tylko obiektyw. I tak powstało zdjęcie po prawej!

I jeszcze ostatni bonus, jedno z moich najukochańszych zdjęć. Z cudnymi Emilią i Piotrem, w ich styczniowego ślubu. Na zdjęciu SOOC: chwiejność w bok jest, ciemność jest, i zbyt dużo niebieskiego. Po edycji – moje ulubione!

Okej, Dosyć. Tyle o edycji. Dajcie koniecznie znać, czy takie posty Was interesują, czy lubicie je czytać, czy po prostu NIE.

Wcześniej, powiedziałam Wam, że edytuję w Lightroomie. Wszystko, oprócz sesji noworodkowych i dziecięcych – od tego jest photoshop. Poniżej przykład przeuroczej Alicji, która pozowała na sesji wiosennej. Lewe SOOC, prawa edycja.

 

 

Pin It on Pinterest

Share This