Październik, powolutku macha nam na pożegnanie. Uwierzycie? Ja wierzę. Bo październik, w tym roku, to dla mnie miesiąc, który prawie nie istniał. Jak to możliwe, że przespałam tyle dni?

Zapalenie gardła. I gorączka. Sprawcami październikowego zamieszana.

Zamieszania, które położyło mnie na łopatki. I tak trzymało. A w zasadzie dopiero teraz lekko luzuje. Co prawda, wróciła mi zdolność mowy, chrypię coraz mniej i katar, też tak jak by słabszy. I nawet wczoraj zrobiłam obiad. Wracam do życia?
Chciałabym Wam  napisać, że wracam pełna sił i energii ….. Ale to się stanie pewno za kilka dni, jak już po wszystkim nie będzie śladu.

Bo oprócz gardła, dopadło mnie także jakieś zapalenie mięśni szyi…. I od kilku dni, jedyny zapach jaki do mnie dociera, to zapach maści rozgrzewających …. A, bo węch też straciłam, i niestety jeszcze nie wrócił. Bo to, że czuję maść rozgrzewającą, to się nie liczy. Ją poczuje każdy i o każdej porze… Tym samym „zapach” maści jest moim faworytem. Głównie przez to, że nie ważne, czym bym się spryskała, i tak czuć tylko „miętę” ….

Więc tak. Nasmarowana maścią rozgrzewającą (przez którą własne koty omijają mnie szerokim łukiem), dziergam krótkiego posta,  żebyście się nie musieli martwić, co się ze mną dzieje.

Bo październik, choć w mojej głowie taki krótki, był też cudowny, głównie za sprawą warsztatów u nieziemskich: Ani i Mateusza z Pieczko Pietras Photography. Ale to temat na inny wpis.

Ps. Za chwilę spróbuję też ogarnąć wszystkie maile, które zaniedbane płaczą cichutko na poczcie. Od tych strasznych 2 tygodni.

Na o chwilę później …. edycja, edycja edycja…. bo zdjęć na dysku … uhu! Cała masa 😉

Zdrowia ludziska! I energii! Odwrotnie proporcjonalnej do szarości za oknem 😉

Pin It on Pinterest

Share This